en | pl
O MUZEUM WYSTAWY WYDARZENIA BADANIA/PROJEKTY EDUKACJA WYDAWNICTWA PRASA ZBIORY ONLINE

MUZEUM HISTORII FOTOGRAFII
X
X


EDUKACJA / teksty
Czułość na Brzózkę
Marta Miskowiec

Szarość, szarość, a z szarości wyłaniają się szare kształty domów. Domy niczym się nie wyróżniają a otaczające je krzewy i ziemia są tak samo nieciekawe. Nawet gdyby fotografia była kolorowa i tak pławilibyśmy się w szarości i nijakości. Pośrodku obrazu wstęga drogi, której koniec zasłania autobus. Nie trzeba dodawać, że autobus wygląda tak jak wszystkie autobusy. Kilka słupów i drewniany płot dopełniają reszty.

1/6


To zdjęcie mogło być zrobione w Polsce – w Małopolsce, na Śląsku – a także gdzieś daleko na drugim końcu Europy. Co więcej, mogło być zrobione zarówno 50 lat temu, jak i teraz. Nic szczególnego, nic osobistego, nic charakterystycznego. Nic, gdyby nie słowa przecinające w poprzek fotografię: „Tak wyglądała Brzózka w roku 1959”. Być może wiele miejsc wyglądało i wygląda tak samo szaro i niezbyt ciekawie, ale nas to nie obchodzi. Za to na pewno wiemy, jak wyglądała Brzózka od strony drogi i przystanku. Dzięki temu, że widok wsi wydał się autorowi fotografii na tyle interesujący, że zapisał go na kliszy, zanim pochłonął go czas i otchłań innych nieciekawych bytów.

Gdybyśmy na tym obrazie poprzestali, i to jako postronni obserwatorzy, niezbyt byśmy byli zadowoleni i też niewiele by nam z tego przyszło, że Brzózka „tak wyglądała”! Ale mamy w albumie ponad sto zdjęć, z których część rewelacyjnie pokazuje Brzózkę i to, co się działo w dolinie Łachy. [Fotografie zostały upowszechnione dzięki wrocławskiej „Pro Naturze” Polskiego Towarzystwa Przyjaciół Przyrody w wydanej w 2011 roku książce-albumie „Śladami Fotografii Augustyna Czyżowicza”.]
To, co zrobił Augustyn Czyżowicz, po 50 latach okazuje się zabiegiem nieomal demiurgicznym, jakimś paradoksalnym aktem stwórczym, który wydarzył się w przeszłości a dopiero po latach dociera do nas świadomość, że to, co sfotografowane, było. Tylko dzięki zdjęciom wiemy, że wydarzyły się domy, śluby i pola ze stogiem siana… a nawet, że była i „wyglądała” Brzózka od strony drogi. Co więcej, wydanie i opracowanie takich zdjęć, choć to tylko niewielka część dorobku prowincjonalnego fotografa-amatora, jest wciąż na tyle rzadkie, że podkreślić od razu trzeba, i to dobitnie, ich wyjątkowość.

Oglądając zdjęcia Czyżowicza, trudno się zdecydować, czy lepiej patrzeć na to, co autor fotografował, czy JAK fotografował. Zarówno tematy, które wybierał – czasem, ale nie zawsze, dość oczywiste i typowe dla wiejskiego fotografa – jak i sposób kadrowania rzeczywistości, wymykają się znanym oczywistościom z tego obszaru fotografii. Mamy zatem zdjęcia kobiet idących piaszczystą drogą wśród pól, dzieci kręcących się na stojącej w błocie karuzeli, chłopaków na saniach, kawalerów pod krzewem bzu, kobiety pochylającej się niemalowniczo nad wiadrami, rodziny przy stole sfotografowanej chyba z poziomu podłogi czy robotników na dachu ujętych chyba z komina. Ze zbioru wyłania się szalenie atrakcyjna mieszanka obrazów o sporej sile rażenia na wyobraŁºnię. Jakże rzadko robiło się takie fotografie w latach 50. Amatorom szkoda było marnować klatki, a artyści albo dokumentaliści mieli już na tyle poukładane w głowie, jak fotografować, że nie pozwalali sobie na „przypadkowe ujęcia”. Augustyn Czyżowicz, podobnie jak Feliks Łukowski (fotograf z Lubelszczyzny), należy do tych wyjątkowych fotografów, którym udało się stworzyć naturalne i tętniące życiem obrazy.
Dzięki kilku osobom, które wyciągnęły, znanymi sobie sposobami, z pamięci fotografa, krótkie opowieści o ludziach sfotografowanych – zdjęcia nabrały rumieńców życia. Na pewno godziny spędzone z Augustynem Czyżowiczem i spisane pracowicie informacje przydadzą się każdemu, kto zechce się głębiej wczytać w tę książkę. Kto wie, co jeszcze z tego może wyniknąć? Co jeszcze przy ich oglądaniu się przypomni? Choć możliwe, że te wywiady były jedną z ostatnich okazji. Wystarczy spojrzeć na zdjęcie babci Wiktorii i przeczytać choćby to zdanie „Jakąż ona miała ogromną pamięć!”. No właśnie, miała. Nie ma kobiety, jej pamięć gdzieś wyparowała i oprócz kilku historyjek, które udało się spisać, zostało jeszcze to zdjęcie. Bardzo ładne zdjęcie, trzeba dodać. Siedzi uśmiechnięta na tle stosu drewna z kotem łaszącym się do nóg. Jaka szkoda, że nic więcej nie opowie…, szkoda, że bezwzględna jest głuchota fotografii.

Fotografia funeralna
Zdjęcia z pogrzebów nie są najpopularniejszym motywem fotograficznym, ale z pewnością jest to zjawisko trwale obecne w polskiej fotografii. Choć należą do podstawowych potrzeb fotograficznych, to potrafią też stać się całkiem niechciane i zniknąć na lata z zamówień rodzinnych.
W okolicach Brzózki taka fotografia wyraŁºnie była przedmiotem pożądanym, a Augustyn Czyżowicz najmował się do upamiętniania pogrzebów. Sporo jest u niego zdjęć wynoszonych z domu trumien, trumien chowanych do ziemi, niesionych na ramionach lub wiezionych na wozie. Po co robi się zdjęcia trumnie? O co, tak naprawdę, tutaj chodzi?
Fotografia pogrzebowa jest zwyczajową pamiątka z pochówku kogoś bliskiego. Zauważmy, kogoś już niemożliwego do sfotografowania żywym. Dziwne, że nie ma po głównym bohaterze śladu na zdjęciu, ale to nie sprawa fotografa, że go wcześniej nie poproszono. Może warto zacząć stawiać pytania o funeralną fotografię. Czy tu nie chodzi przypadkiem o rodzinę wianuszkiem otaczającą trumnę albo o dokumentowanie żalu po zmarłym? A może portret zmarłego przejawia się właśnie w tej swoistej formie, w której bohater obrazu jest nieobecny, a my możemy oglądać coś, co można by nazwać spektaklem nieobecności. Kim był zmarły, można poznać po ludziach na pogrzebie.

Nie wiem, co jest najciekawsze w fotografiach Brzózki. Fascynujące jest patrzenie na sfotografowanych ludzi i wybrane scenki z życia codziennego, ale niemniej interesujące jest obserwowanie sposobów fotografowania. Wybieram ostatecznie to drugie, bo niektóre obrazy przez swoją kompozycję lub temat stają niczym wielkie głazy na gładkiej ścieżce oczywistości.
Pierwsze potknięcie zapalające lampkę uwagi, to opisane powyżej zdjęcie Brzózki. Zaraz po nim, jakby to samo – ni stąd ni zowąd trafiamy na „Widok na park”. Dobrze, że Czyżowicz to napisał, bo bez podpisu nie można dostrzec na obrazie żadnego parku. (Podobnie jak nie dało się wymyślić, że Brzózka „tak wyglądała”.) Jakiż to widok! Z szarości wyłaniają się ogołocone z liści chaszcze, splątane drzewa z krzewami i pobocze z rozsypującym się ogrodzeniem, a na pierwszym planie droga z mknącym po niej motocyklistą. Po raz kolejny przychodzi do głowy myśl, że istnienie – a właściwie zaistnienie – Brzózki czy parku zależy tutaj bardziej od piszącego słowa na kliszy niż od robiącego zdjęcie.

Portret złączonych
To musiał kiedyś być całkiem zwyczajny sposób portretowania, zgodny z obowiązującymi w tamtych latach kanonami „naturalnego” pozowania. Ludzie zazwyczaj stoją blisko obok siebie, trochę sztywno i z godnością. Nie śmieją się, co najwyżej uśmiechają. Pozują tak, jak sobie wyobrażają pozowanie. Starsze kobiety na przykład, ustawiły się niczym sztywne słupy szczepione ze sobą rękawami płaszczy, a w tle nie przeszkadza chaos wiejskiego podwórka. Na innym zdjęciu widać, jak dziewczęta odgrywają na potrzeby fotograficznego obrazu rolę „dziewcząt” – stoją, w kwiecistych sukienkach, lekko uśmiechnięte, zawinięte ramionami jedna o drugą i wpatrują się uważnie w obiektyw. Teraz to trochę dziwi, kiedyś nie dziwiło wcale. Tak się fotografowało panny i dzierlatki na wiejskich łąkach i podwórkach. Panny mają też inny styl: siedzą w trawie z podwiniętymi nogami niczym sarny, przytulone jedna do drugiej. Ładnie to wygląda i przyrodniczo!
Chłopcy z tamtych lat też są łatwo rozpoznawalni, formują się również w charakterystyczne grupy i figury. Czyżowicz nazywa te zdjęcia „Kroniką koleżeńską”. Na jednym widoczna grupa kawalerów ustawiona w rządku pod krzewem bzu, na innym stoją wokół motoru. Prawie nikt już nie używa słowa kawaler, ale tutaj aż się ciśnie na usta. To jest właśnie kawalerka! Teraz nie ma kawalerki ani nie robi się takich ujęć; jedno i drugie należy do przeszłości i może się niebawem okazać, że staną się nierozłączne.
Być może musi upłynąć trochę czasu, aż zmienią się mody, żeby zobaczyć, jak pozornie naturalnymi sytuacjami rządzą miny i pozowania a obiektywizm i neutralność fotografii uwidacznia swoje przywiązanie do kompozycji i tematów.

Niemal w każdym zbiorze fotografii trafiają się prawdziwe skarby. Takie, dla których znalezienia warto przeglądać stosy zdjęć. Oczywiście wybór jest całkowicie subiektywny, ale też chęć podzielenia się nimi największa.

Odbicia i zakłócone symetrie
Portret dwóch kobiet nad stawem i odwróconym w wodnym odbiciu domem. Kobiety stoją w kwiecistych sukienkach, oparte o drzewa, wygadają jakby na coś czekały. Pomiędzy nimi tafla wody, a w niej bardzo wyraŁºnie widać dom... Dom, którego nie widać! Trzeba zobaczyć to zdjęcie, bowiem fundamentalna właściwość i geniusz fotografii ujawnia się wtedy, gdy pokazuje coś, czego nikt wcześniej nie wymyślił i nie opowiedział. Co więcej, zagadka takich obrazów jak zdjęcie nad stawem, nie należy do tych, które trzeba koniecznie rozwikłać. Może lepiej zostawić ją bohaterom zdjęć i fotografowi, a samemu snuć tylko domysły, niekoniecznie dbając o ich związek z rzeczywistością, …chyba że jest to związek z rzeczywistością obrazu.

Jeszcze na koniec, coś specjalnego. Portret chłopca na tle ściany z fragmentem okna. To miała być zwykła fotografia legitymacyjna, ale coś się stało. Chłopiec spojrzał w obiektyw i zrobił to tak spokojnie i ufnie, że zwykłe ujęcie zyskało nieoczekiwaną i zaskakującą przestrzeń. Jasne i neutralne tło ściany dodatkowo pomaga skupić uwagę na twarzy. Portret nie jest dziełem mistrza i pewnie przypadkiem, ale jednak, uchwycona została w nim tak mocno i intensywnie czyjaś obecność. Obcowanie z tą fotografią chyba można nazwać dotykaniem nieobecności, nieobecności w swym, być może, najmocniejszym wyrazie jaki daje obraz fotograficzny.

Po każdym takim zatrzymaniu, jak zdjęcie nad stawem, portret chłopca czy okładkowej fotografii kobiet obchodzących pola, powrót do oglądania albumu staje się coraz bardziej intensywny, tak jakby obrazy i teksty nas urabiały i wciągały do swojego świata. Augustyn Czyżowicz wyrwał ze znikających bytów swoje miejsce na ziemi. Przy każdym z ujęć decydował o tym, jak było. Jak silny jest to przekaz, można się przekonać samemu, sięgając po książkę będącą rzadkim okazem wśród fotograficznych albumów. Wybór obrazów i tekstów jest tu znakomity. Widać, że autorzy dokonali go z ogromnym wyczuciem i – powiedziałabym – czułością.

Śladami fotografii Augustyna Czyżowicza. Red. Izolda Topp, Magdalena Barbaruk, Piotr J. Ereński, Krzysztof Konieczny, Wrocław 2011


Tekst publikowany w czasopiśmie Format 63/2012

http://www.augustynczyzowicz.pl/


do góry
© Copyright MHF w Krakowie, 2017
© Copyright MHF w Krakowie, 2017
Design: teren prywatny
Design: teren prywatny
Dofinansowano ze środków
Programu Wieloletniego Kultura+