en | pl
O MUZEUM WYSTAWY WYDARZENIA BADANIA/PROJEKTY EDUKACJA WYDAWNICTWA PRASA ZBIORY ONLINE

MUZEUM HISTORII FOTOGRAFII
X
X


EDUKACJA / teksty
Genius loci Polski „B”
Ada Grzelewska

„O MOJA SŁODKA, DUMNA I DRAŁ»LIWA PROWINCJO! […] JESTEŚ WRAŁ»LIWA I CZUŁA, ALE PEŁNA KOMPLEKSÓW, GDYŁ» BYŁAŚ ZAWSZE PRZEDMIOTEM POŚMIEWISKA. JESTEŚ MÄ„DRA I CHYTRA, KSZTAŁCISZ SIĘ, DUŁ»O CZYTASZ, CHŁONIESZ RADIO I TELEWIZJĘ […]. PANICZNIE BOISZ SIĘ, ABY NIE ZOSTAĆ NABRANÄ„.

MASZ SWOJE UPODOBANIA […] ALE NIECHĘTNIE UJAWNIASZ SWOJE GUSTY, GDYŁ» NIE ZAWSZE POKRYWAJÄ„ SIĘ ONE Z OPINIAMI OBOWIÄ„ZUJÄ„CYMI W STOLICACH”.
Kornel Filipowicz
 

1/6


Prowincja to odrębny kosmos. Spektakl osobliwych obyczajów, przewidywalnych gestów i zachowań. Aktorzy wciąż ci sami. Drobne wydarzenia zyskują tu rangę doniosłych wypadków, kluczowych dla dziejów świata a nawet ludzkości. Czas płynie według jednego kalendarza od dekad. Tam strzeże się, jak najwyższego dobra narodowego, tradycyjnych przepisów na nalewki, cista i konfitury. Nad tą krainą unosi się genius loci, który może nabierać znaczeń podobnych do nostalgii, w której główną rolę odgrywa duch przeszłości, ale także jakieś fatum.

Zwykliśmy patrzeć na prowincję jako na, świata, który ginie na naszych oczach (był jeszcze wczoraj – nie będzie go jutro) razem ze wszystkimi jego specjalnymi urokami, wzruszeniami, dziwactwami.
Zatem próby opisu automatycznie odbieramy jako formę pożegnania lub przywołania. Poprzez kreacyjną moc opowiadania wspomnienie autora, który zazwyczaj podkreśla swój emocjonalny stosunek do opisywanych wypadków, a także z jakąś na poły sadystyczną lubością, częstokroć na modłę inwokacyjną, w przywoływaną przeszłość, która przybiera znamiona czasu teraŁºniejszego, wtyka dawnego siebie nie dbając o żadne pozory fikcjonalnej przyzwoitości. A przeszłość ożywia się przy każdej lekturze. Zresztą polska tradycja literacka nauczyła nas patrzeć na prowincję jak na płótna Chagalla, przez pryzmat „Sklepów cynamonowych”, utraconej arkadii dzieciństwa, które działo się, by nie powiedzieć rozgrywało „przed pewną granicą, przed pewnym punktem zwrotnym, który głęboko rozszczepił życie i świadomość”. Człowiek wrośnięty w tkankę miasta, z aspiracjami do bycia metropolią, czasem miewa napady seryjnych marzeń – i myśli o prowincji jak o ratunku, ocaleniu, a nawet osobliwym katharsis.

Na prowincji – ominiętej przez ducha nowoczesności – mieszkańcy jakby zastygli w rytuałach codzienności, wydaje się, że trwają w oczekiwaniu na spektakularne wydarzenie, które ożywi na wpółsenną atmosferę. Ich świat jest odseparowany, sygnowany tęsknotą za wielkomiejskim życiem. Aktualne w centrach problemy docierają tu w formie miernych reprodukcji, groteskowo zniekształcających oryginał, odległość redukuje i narzuca własną perspektywę. Trudno o nowo przybyłych, co ambitniejsi kierują się w przeciwną stronę. Tutaj żyje się na tropie sekretów sąsiadów.

Ogląd świata z perspektywy prowincji, czyli oddalenia, kryje w sobie pewien paradoks, odległość nie musi warunkować bowiem tylko negatywnej, silnie zniekształcającej optyki. Może też zostać potraktowana jako okazja do łatwiejszego przyswojenia ze względu na pomniejszenie. „Miniatura to ćwiczenie, które daje poczucie metafizycznej świeżości; pozwala dozować świat bez wielkiego ryzyka. I jakież to wytchnienie tak zawładnąć światem! Miniatura pozwala odpocząć, nigdy nas nie usypiając. WyobraŁºnia zarazem czuwa i doznaje zadowolenia”.

Jednak nie da się ukryć, że swoim odwiecznym aktorom „prowincja oferuje jedynie role skostniałe, zakrzepłe i utrwalone kulturowo”. Spośród dokonywanych u nas systematycznie prozatorskich powrotów na rynki małych miasteczek reporterska podróż Marcina Kołodziejczyka „B. Opowieści z planety prowincja” wyraŁºnie odstaje od modelowanego literacko i filmowo kanonu. Małkini, miasta P. lub M. na pewno nie można pomylić z Drohobyczem lub innym ulokowanym na kresach rajem utraconym. Prowincja Kołodziejczyka ma swój szemrany, posępny, by nie powiedzieć parszywo-bandycki, urok, uczuciowość i bardzo emocjonalną indywidualną ekspresję, która manifestuje się językiem. Właściwie nie powinno to dziwić, bo dzień rozpoczyna się tu dużo wcześniej niż o 6.03 i zdarza się, że pociąg odjeżdża do „Szczelec Opojskich”, znanych z posiadania we własnych granicach administracyjnych zakładu karnego, który w życiorysach niektórych bohaterów zajmuje bardzo istotne miejsce.

Zygmunt N., Jan G. – „fetyszysta damskich stóp i obuwia”, Cichy, Zdziś Troska, który jako wymalowana szminką i tuszem jak nieboskie stworzenie Beata podróżuje podmiejskim do M. lub Stary doskonale wiedzą że: „rzeczywistość bywa nie do obsłużenia” i czasem wygłaszają „całą prawdę o polskiej prowincji, gdzie ludzie nie mają się do kogo odezwać z najgłębszymi potrzebami”.
Jednak w piętnastu opowiadaniach Kołodziejczyka, które świetnie operują ironią, wszystkiego nie można sprowadzić do autentycznych i przejmujących czytelnika do szpiku kości opowieści o szarej codzienności Polski B. Zresztą czy zmieściłoby się w takim świecie porzekadło Witkacego, że: „Kobiety są niedobre jak kobry”.


Marcin Kołodziejczyk: B. Opowieści z planety prowincja. Wydawnictwo Wielka Litera. Warszawa 2013.

Materiał był wcześniej publikowany na łamach finelife.pl
 


do góry
© Copyright MHF w Krakowie, 2017
© Copyright MHF w Krakowie, 2017
Design: teren prywatny
Design: teren prywatny
Dofinansowano ze środków
Programu Wieloletniego Kultura+