en | pl
O MUZEUM WYSTAWY WYDARZENIA BADANIA/PROJEKTY EDUKACJA WYDAWNICTWA PRASA ZBIORY ONLINE

MUZEUM HISTORII FOTOGRAFII
X
X


EDUKACJA / teksty
Wokół monideł w krakowskich zbiorach
Iwona Święch

W przypadku fotografii chodzi o poświadczenie tego co było, co się zdarzyło. W przypadku monidła chodzi o odbudowanie, o przywrócenie tego czego nikt nie sfotografował.

1/9


Najczęściej kojarzone są z monidłami portrety ślubne, na które we właściwym czasie nie było możliwości lub pieniędzy, więc zamawiano je póŁºniej w trudniących się taką działalnością firmach jako podstawę dostarczając jakiekolwiek inne zdjęcia z osobami do mariażu: legitymacyjne, z wojska (częste), rodzinne. Powstały one niejednokrotnie znacznie póŁºniej niż odbył się ślub albo w zgoła innej sytuacji, stąd liczne uwagi w rodzaju „panu dodać włosów”, dorobić krawat i koszulę w miejsce munduru” o usuwaniu zbędnych osób nie wspominając. Domalowywano powszechnie welony, bukiety białych róż, czerwone usta, falujące włosy , rumieńce, błękitne oczy. Monidła były wszak spełnieniem marzeń za pomocą malowania z i na fotografii. Taką właśnie historię relacjonuje Jan Himilsbach w swoim „Monidle” sfilmowanym potem przez Antoniego Krauzego. Z tym, że u niego „warszawski artysta” – wykonawca monidła - obok pana młodego namalował nie pannę młodą lecz jej siostrę, a co gorsze za wzór służyła mu fotografia całej rodziny zgromadzonej przy trumnie z babcią i on ( co by już wskazywało na stan upojenia alkoholem) tę babcię wraz z trumną zapomniał usunąć. Uśmiechała się więc z zadowoleniem do fałszywej młodej pary. Monidło na miarę niesamowitego Himilsbacha! Może tu szczególnie powinno się raczej użyć terminu „mamidło”, na zdjęcie co mami i bałamuci? Właściwie wszystkie monidła to mamidła, ale powszechnie kojarzą się z fotografiami, które pokrywa choć częściowo warstwa malarska, w zamyśle poprawienia zdjęcia, „uszminkowania” w celu dodania mu urody. W takim wąskim rozumieniu, poza każdą podkolorowywaną fotografią, działaniem w tym kierunku jest też retusz. Praktyki takie towarzyszą fotografii od samego początku. Zatrudnieni w atelier miniaturzyści kolorowali już dagerotypy, retuszerów zatrudniano w większości zakładów fotograficznych np. Walery Rzewuski zatrudniał do tych prac studentów krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych, a malowaniem na podkładzie fotograficznym - zwłaszcza portretów - trudniło się wiele firm jeszcze w latach 70. XX wieku. Jest więc monidło czymś co udaje coś lepszego: zamiast kosztownej akwareli – pomalowana fotografia, portret znacznie tańszy, zamiast autentycznej fotografii ślubnej czy komunijnej – montaż z innych posiadanych zdjęć z domalowanymi szczegółami i rekwizytami. Ten właśnie, nierozerwalnie związany z monidłem rys pewnego fałszu, sztuczności , nie-prawdy (w przeciwieństwie do samej „czystej” fotografii, którą - słusznie czy nie – zwykło łączyć się z wiernym odbiciem rzeczywistości , a więc prawdą) pozwala zaliczyć do nich również zdjęcia z całkiem innego obszaru. Na przykład fotografie na tle ekranów z egzotycznym krajobrazem (a robione np. na gruzach Warszawy), oparte na fotografii dewocjonalia, pamiątki fotograficzne z wojska czy odpustu powstające z użyciem planszy z otworem na głowę, z namalowanym samolotem czy wystrojoną panną.

Puszczając wodze interpretacji można rozważyć czy monidłami nie stają się zdjęcia blaknące, zanikające, niektóre eksperymenty artystyczne wykorzystujące efekty specjalne jak maskowanie, idące w kierunku iluzji itp. A przecież są to wszystko „tylko” nostalgiczne anachronizmy, prawdziwa epoka monideł zaczęła się wraz z fotografią cyfrową. Nowe technologie obróbki zdjęć, sterowane komputerowo pozwalają każde zdjęcie dość szybko poprawić, zmienić, uzupełnić. Szeroko już znana jest skala „ulepszania modela” stosowana w przypadku zdjęć najogólniej mówiąc – celebrytów. Współczesnym retuszerem jest komputerowy grafik, a efekty jego pracy, od zadziwiających po komiczne, śledzić można w każdym kolorowym magazynie. I jak zauważają fani niektórych sław, zderzenie iluzji z rzeczywistością bywa bolesne… „Oszukańcze” możliwości cyfrowego stadium fotografii wykorzystują także artyści, choć w innym, rzecz jasna, celu (np. tworząc portrety nieistniejących osób). Można zapytać czy dzisiejsza fotografia to głównie monidła? I kto właściwie wymyślił ten termin, bo przecież Himilsbach chyba go tylko użył? Stawiam na Witkacego twórcę specyficznych portretów malarskich, fotograficznych i genialnego słowotwórcę albo Magdalenę Samozwaniec, która jako wnuczka Juliusza Kossaka musiała wiedzieć o co chodzi, ponieważ jej dziadek wraz z Szermentowskim i Klochem miał za młodu w Warszawie pracownię kolorowania zdjęć dla różnych zakładów fotograficznych.
 


do góry
© Copyright MHF w Krakowie, 2017
© Copyright MHF w Krakowie, 2017
Design: teren prywatny
Design: teren prywatny
Dofinansowano ze środków
Programu Wieloletniego Kultura+