en | pl
O MUZEUM WYSTAWY WYDARZENIA BADANIA/PROJEKTY EDUKACJA WYDAWNICTWA PRASA ZBIORY ONLINE

MUZEUM HISTORII FOTOGRAFII
X
X


EDUKACJA / teksty
W.J.T. Mitchell "Czego chcą obrazy?"
Marta Miskowiec

Pytanie, które z punktu widzenia poetyki należy postawić przedstawieniom wizualnym, nie dotyczy po prostu tego, co znaczą lub robią, lecz tego, czego chcą – czego od nas żądają i jak powinniśmy odpowiadać na te żądania. Wymaga to oczywiście rozważenia również tego, czego my chcemy od nich. [W.J.T. Mitchell]



Pytanie postawione w książce ożywia nieco jednostronną perspektywę mówienia o obrazie i wizerunku. Autor bynajmniej nie oddaje głosu obrazom, nie twierdzi, że one żyją jakimś swoim życiem i mają wobec nas podstępne plany. Niemniej jednak sfera niedomówień w kwestii działania obrazu jest dość duża, zwłaszcza że nie jesteśmy w stanie do końca ogarnąć (w ogóle i w szczególe) przekazu, który do nas dociera z plakatów, telewizji, malarstwa czy architektury. Co więcej, narastające teorie wizualne i literatura są dodatkowym czynnikiem inspirującym rozmyślania, więc dlaczego nie pójść dalej lub inną drogą i poruszyć kwestie dość skostniałe, jak choćby bałwochwalstwo i ikonoklazm. Przeczytanie na nowo tych teorii kultury wizualnej wydało się autorowi dobrym punktem wyjścia do zrozumienia oddziaływania takich obrazów jak nowojorskie Twin Towers, które nie zostałyby zniszczone, gdyby nie były dumą Stanów Zjednoczonych, symbolem potęgi, albo klon owcy o imieniu Dolly, który okazał się być zamachem na moc stwórczą Boga. Mitchell każe nam wrócić do tego elementu obrazu, który związany jest z aktem lub gestem twórczym. Ten fenomen dzieła, niepoddający się analizie i ostatecznemu wytłumaczeniu, jest ukrytym sprawcą – przejmującym prawa należące do Stwórcy, co więcej niedającym się kontrolować. Trzeba przy tym pamiętać, że twórczy gest może należeć również do widza, do publiczności, wreszcie do mas reagujących na obraz. Krótko mówiąc, po reakcji odbiorców widać, czego one chcą, a my, w swych reakcjach, jesteśmy częścią obrazu.

Mitchell pisze o podwójnej świadomości. Z jednej strony zdroworozsądkowo nie wierzy, żeby obrazy przemawiały, z drugiej strony przyznaje, że zdarza mu się zareagować na nie tak, jakby żyły jakimś tajemniczym życiem. Zwrócenie uwagi na tę podwójną świadomość jest u Mitchella nie tylko efektem wartej ukłonu szczerości, ale też echem wcześniejszych tekstów, choćby Barthesa. Ktoś nazwał to ładnie aporią, ktoś inny woli to określać uciążliwością. No bo jak się tu przyznać i co to w ogóle znaczy, że wierzymy w moc sprawczą obrazów, w to, że będąc „ślepe i głuche” potrafią wzbudzić silne a nawet skrajne emocje. Ł»eby nie było lekko, Mitchell rozważa dodatkowo kwestię władzy obrazów, czyli tego, czego będąc martwymi przedmiotami, same z siebie nie mają. Tłumaczy, o ile dobrze zrozumiałam, że ów brak jest uzupełniony reakcjami widza. Tak więc jeśli stoimy przed plakatem wyborczym albo zdjęciem oszronionej butelki oranżady, to odczuwamy potrzebę zagłosowania albo nagle czujemy pragnienie. Oczywiście nie jest to takie proste – władza jest tylko nad tym, kto jej pragnie.

Obszerny fragment książki to próba sklasyfikowania wizerunków w kategoriach fetyszyzmu, totemu lub przedmiotu idolatrii. Nie wiem, czy wplątywanie się w historię badań etnograficznych i próby przełożenia świata kolonizowanego na język nauk antropologicznych lub w dzieje ikonoklazmu i chwalenia bałwanów jest dobrym sposobem na rozjaśnianie teorii widzenia. Mitchell sam opisuje fetysz w rożnych kontekstach: jako portugalskie słowo oznaczające rzecz, jako afrykańską drewnianą figurę, w którą w celach magicznych wbija się gwoŁºdzie, oraz jako przedmiot symboliki seksualnej eksploatowanej przez freudystów. Słowo przydatne dla określenia przedmiotu pragnienia wydaje się dziś anachroniczne, tak samo jak totem i idolatria. Nie dlatego, żeby ostatecznie w nich nie krystalizował się jakiś dobry skrót myślowy czy też metafora, ale dlatego, że teraz się po prostu takich słów rzadko używa. Nie wiem, czy analizując ikonoklazm i próbując zrozumieć potęgę wizerunku, do czegokolwiek dojdziemy w uciekającym od religijności świecie. Sam język sacrum też się zmienia i nie posługuje się określeniami typu złoty cielec lub ikonofil. Na przykład nazywanie przez Mitchella romantyzmu obiektem totemicznym, bo jest figurą zbiorowej identyfikacji, jest bardzo obrazowe i przez to, zamiast cokolwiek wyjaśniać, może stworzyć wokół siebie zbiorowisko bezrefleksyjnych wyznawców działających na granicy kabotyństwa.

Pod koniec książki pojawia się rozdział całkowicie poświęcony jednemu z najważniejszych dzieł w historii fotografii – The Americans Roberta Franka. W książce Mitchella ten fotoesej jest idealnym przykładem, jak można uczynić widzialnym świat, w którym żyjemy na co dzień, czyli coś, co dla każdego z nas jest wszechobecne i może przez to słabo widoczne. W tym przypadku chodzi o społeczeństwo amerykańskie końca lat 50. Obraz, który powstał, jest całkiem inny niż wyidealizowane fotografie oddające propagandowy wizerunek Amerykanów. Jak „gęste” są zdjęcia Franka, widać po tym, z jaką przyjemnością Mitchell o nich pisze, jak „czyta” każde zdjęcie, niczym najbardziej przenikliwe teksty analizujące zjawiska społeczne.

Bardzo przyjemnie czyta się całą książkę, która ma „zaledwie” 415 stron. Na szczęście profesor Uniwersytetu Chicagowskiego W.J.T. Mitchell pisze tak, że da się przez tę cegłę przebrnąć bez rozpaczliwego sprawdzania, ile jeszcze do końca. Niedostatek fajnych tekstów, dryfujących pomiędzy teoriami obrazu, których już dorobiliśmy się i które mniej lub bardziej lubimy sprawia, że Czego chcą obrazy? czyta się z uśmiechem na ustach, jakby się jadło nieznane ciastko ale upieczone z dobrze znanych składników.

Ostatni rozdział to rzecz o naukach wizualnych, o tym jak się kształtują, jak zdobywają kolejne przyczółki w uniwersytetach, jaki to ciężki chleb wytłumaczyć i uzasadnić ich obecność wśród takich potęg jak historia sztuki i estetyka. Czego chcą obrazy to kolejny tekst rozbudowujący obszar wiedzy, pomagający zrozumieć, z czym mamy do czynienia, stykając się z obrazami, zarówno w sensie dosłownym w postaci dzieł malarskich lub fotografii, jak i z trójwymiarową rzeczywistością – figurami świata, który nas otacza.

Czego chcą obrazy? Pragnienia przedstawień, życie i miłości obrazów
W.J.T. Mitchell, Warszawa 2013; Tłumaczenie: Łukasz Zaremba; Wydawca: Narodowe Centrum Kultury

O autorze (Łºródlo: http://www.nck.pl/artykuly/100516.html)
W.J.T. Mitchell to jedna z najważniejszych postaci współczesnej amerykańskiej humanistyki. Jego wydana niedawno książka Cloning Terror, analizująca język i obrazy tak zwanej wojny z terroryzmem, stanowiła ważny, krytyczny i szeroko komentowany głos w sprawie działań politycznych i retoryki władz amerykańskich epoki George’a W. Busha. Mitchell jest profesorem literaturoznawstwa i historii sztuki na Uniwersytecie Chicagowskim, redaktorem naczelnym prestiżowego pisma naukowego „Critical Inquiry” oraz jednym z intelektualnych i instytucjonalnych założycieli badań kultury wizualnej (visual culture studies). Jego zainteresowania badawcze obejmują obszary teorii literatury, nauki o mediach, historii sztuki oraz nauk o obrazach i wizualności. Stworzył szeroko dyskutowaną propozycję ikonologii nowego typu, rozumianej jako nauka o tym, co i jak mówi się o obrazach oraz jak one same wytwarzają znaczenia. Jest autorem głośnej koncepcji „zwrotu obrazowego", który opisał jako niepewne i nerwowe krążenie debaty naukowej w XX wieku wokół obrazów. Pośród najważniejszych jego książek autorskich należy wymienić Iconology (1986), Picture Theory (1994), The Last Dinosaur Book (1998) oraz Czego chcą obrazy? (2005), w której stawia prowokujące pytanie o pragnienia obrazów i relacje współczesnych widzów z obrazami zarówno artystycznymi, jak i popularnymi. Jego najnowsze publikacje dotyczą relacji rasy i rasizmu (Seeing Through Race, 2012) oraz reprezentacji szaleństwa.

 


do góry
© Copyright MHF w Krakowie, 2017
© Copyright MHF w Krakowie, 2017
Design: teren prywatny
Design: teren prywatny
Dofinansowano ze środków
Programu Wieloletniego Kultura+